Strony

piątek, 20 lipca 2012

Chapter thirteen

- Liz... Lizzie... - usłyszałam nad sobą czyjś głos. Nie otwierałam oczu, a i tak byłam zbyt zaspana, by określić kto to.
- Mamo, jeszcze chwilę... Pięć minut i wstaję... - powiedziałam i lekko podniosłam prawą powiekę. - Cholera! Harry, skąd ty się tu wziąłeś?
Chłopak pod wpływem mojego nagłego krzyku potknął się i wywrócił na podłogę, a że trzymał przy tym moją kołdrę to spadłam na niego. Czy to jest normalne, że my co chwilę znajdujemy się tak blisko siebie? Nagle ktoś szarpnął za klamkę od drzwi.
- Już jej powiedziałeś Har... - tą osobą okazał się Niall, który zdaje się wyrobił sobie już teorię na temat tego co działo się w moim pokoju, bo za chwilę, gdy już się trochę otrząsnął, dodał:
- Przepraszam, myślałem... Dobra, już wychodzę... - odwrócił się do drzwi, ale zatrzymał się, kiedy powiedziałam:
- Nie Niall, naprawdę. To nie tak jak myślisz, zostań.
Moja króciutka przemowa raczej nie zrobiła na nim wrażenia, ponieważ pokręcił tylko głową i ledwie słyszalnie uciął naszą rozmowę zdaniem:
- Nie tłumacz się, Liz. Po prostu na niego uważaj.
"Uważaj na niego"!? A kim on niby jest? Płatnym mordercą? Psychopatycznym gwałcicielem?
Spojrzałam pytająco na Harry'ego, a ten odpowiedział mi tym samym.
- Hm, El... Mogłabyś...? - wskazał ręką na swoje krocze. Zrozumiałam, ale wstałam "niechcący", lekko kopiąc go w czułe miejsce.
- Ojej, przepraszam! Nie wiedziałam, że tu jesteś, bo kto normalny wkrada się do pokoju koleżanki i zwala ją na podłogę? Ach, tylko Harry. Ale zaraz. Nie, przecież ty nie jesteś normalny! To wszystko wyjaśnia! - wrzasnęłam wściekła. Brakuje mi tylko, żeby wyrobili sobie o mnie opinię łatwej dziewczyny!
- Przecież nic się nie stało! Chciałem cię tylko obudzić - chłopak uniósł lekko kąciki ust. Jeszcze się będzie ze mnie śmiał!
Spojrzałam na zegarek. 08:30. Ludzie, czy ja nie mogę się wreszcie wyspać? Mylę się, albo mam wakacje?
- A po cóż takiego chciałeś mnie obudzić o TEJ godzinie!?
- Idziemy na próbę - odpowiedział Harry. O mój Boże, i tylko tego żądali tak rano? Powiedzieć mi, że idą na próbę?
- Hmm, okej. Lećcie, nie pozabijajcie się jedzeniem po drodze, bo Niall będzie płakał - zaśmiałam się wtulając swoją twarz w poduszkę.
- Widzę, że trochę się już w nas zorientowałaś. Ja jestem ten uroczy - usłyszałam, że się śmieje. Ugh.
- Nie wątpię, dupku. A teraz wypad, śpię nago - "wyprosiłam go ledwo dosłyszalnie się przy tym śmiejąc.
- Och... Ale.. Przepraszam... - on chyba naprawdę w to uwierzył, choć nie wiem czemu, bo przecież leżałam na nim, więc... Nieważne. I w dodatku się zawstydził! Zupełnie, jak Caitlin, kiedy zastała mnie i Josha w dwuznacznej sytuacji. Ale wtedy nic nie robiliśmy, przysięgam! Tylko się całowaliśmy. Ach, zaraz. Caitlin najpierw się zaczerwieniła, ale w chwilę potem dodała: Moglibyście się powstrzymać przed wymienianiem się zarazkami, chociaż przy ludziach. "Przy ludziach", bo to było w parku. Wspominałam już, że nienawidzę swojej siostry?
- Żartuję, idioto - powiedziałam głośno, jakby wołając o pomstę do nieba.
Chłopak się roześmiał.
- Ale z tym, żebyś się wynosił, to była prawda - przywołałam go do porządku. Już teraz nie wiem, czy zdołam jeszcze usnąć. Ugh.
- Wychodzę - usłyszałam jego głos z oddali, gdzieś przy drzwiach. - Ciemoku - dodał, za co oberwał poduszką w głowę.
Już prawie usnęłam i jedną nogą byłam gdzieś na Bahamach, kiedy ktoś zapukał do drzwi. Wtedy byłam pewna, że już nie zasnę. Zagryzę! Z bojowym nastawieniem wstałam z łóżka i podeszłam do drzwi.
- Zabiję cię, bezlitosna istoto - powiedziałam z przymkniętymi oczami. Dopiero po chwili zauważyłam, że jest to Niall. Był bardzo zdziwiony, chociaż nie wiem, czy przez moje powitanie, czy ubiór, którym była za duża na mnie koszulka Josha.
- Jasne, to ja już pójdę - wymamrotał.
- O nie, jak już mnie rozbudziłeś, to mów co chcesz - uśmiechnęłam się na tyle życzliwie na ile było mnie stać.
- Tylko pomyślałem, że... No cóż... Może chciałabyś z nami jechać, zobaczyć jak śpiewamy, wieczorem mamy koncert, zapraszam. Chociaż... Dobra, nieważne. Zapomnij - rzucił. Był taki zestresowany i uroczy, że nie mogłam się nie zgodzić. Zresztą i tak nie zmrużyłabym już oka.
- Poczekajcie dziesięć minut. Wykończycie mnie wkrótce - zakończyłam wypowiedź teatralnym westchnieniem, na co Niall zareagował głośnym śmiechem. Też zaczęłam się śmiać. To zaraźliwe. Odwróciłam się i już miałam iść do łazienki, kiedy chłopak złapał mnie za rękę i powiedział:
- Lizzie... Hm... Fajnie, że na ciebie wpadliśmy.

_____________________________________________
dobra, to JEST długie!
dziękuję za tyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyle wyświetleń i miłych komentarzy!
jesteście cudowni!
jeśli macie jakieś sugestie, lub coś co można tu poprawić, to śmiało piszcie!
i odpowiadam na pytanie "Jo":
mogę informować, jeśli chcecie : )
zostawcie w komentarzu swoje gadu, lub link do fejsa.
możecie się śmiać:
nie mam twittera.

pozdrawiam xx

poniedziałek, 16 lipca 2012

Chapter twelve

Cholera, w co ja się pakuję? Mam zamieszkać (niby na krótko, ale jednak) z piątką praktycznie nieznanych mi facetów. Nie jestem normalna. A co jeśli mnie zgwałcą i porzucą gdzieś w lesie? Dobra, odkąd tu jesteśmy nie widziałam żadnego lasu, ale może dlatego, że dopiero wyjechaliśmy z lotniska. Mogłam nie wsiadać do tego samochodu. Mogłam w ogóle nie wsiadać do tego samolotu! Taaak, chciałam się dowiedzieć, jak to się w ogóle stało, że tego nie zauważyli.
- Nie mam pojęcia - wypowiadając to zdanie kierownik całego tego kramu nazwanego liniami lotniczymi wybałuszył oczy. Już miałam zacząć się wydzierać, że pozwę ich do sądu, kiedy Harry wziął mnie za rękę i powiedział:
- Nic się nie stało, zostaniesz u nas.
Świetnie. I tak właśnie wyszło, że jestem tu, w jakiejś przeklętej limuzynie, z piątką idiotów, którzy co chwila czymś w siebie rzucają. O tak, padają różne przedmioty, między innymi buty, okulary, a nawet, o zgrozo, jedzenie. Louis rzucił nim w Niall'a, a gdy  ten zobaczył, iż są to skrzydełka z kurczaka z Nando's, za całe 9 funtów i 30 pensów powiedział, że jest to, cytuję: "świętokradztwo" i o mało się nie rozpłakał. Właśnie głównie po tym zorientowałam się, że to kompletni wariaci.
- Liz, chcesz coś do jedzenia? Zabraliśmy tego trochę z Londynu - Niall pokazał mi całą walizkę skittles'ów, rafaello, merci, mentos'ów, nimm2, knoppers'ów i innych podobnych rzeczy.
- Hm, Niall... Dzięki tobie poznałam nowe znaczenie słowa "trochę" - powiedziałam z uśmiechem. - Z chęcią bym wzięła, ale niestety - wskazałam na swój brzuch - nie mam takiej szybkiej przemiany materii, jak Ty.
Chłopak spojrzał na mnie z powątpiewaniem, pokręcił głową, ale nic nie powiedział. Chyba domyślił się, że nie uda mu się mnie przekonać. Czuję, że się z nim dogadam!
Samochód zatrzymał się gwałtownie.
- Dojechaliśmy! Uwaga na fotoreporterów - Harry uśmiechnął się do mnie przepraszająco. Wzruszyłam ramionami. W sumie dzięki nim mam gdzie spać.
Ekhm...
Myśląc "gdzieś", nie wiedziałam, że jest to pięciogwiazdkowy hotel w samym Neapolu!
- Hm, Harry... - zaczęłam niepewnie.
- Tak?
- Ja... Nie mam kasy, nie mam z czego wam oddać, nie mogę tu miesz... - chłopak zasłonił mi ręką usta i ku mojemu zdziwieniu znów znaleźliśmy się bardzo blisko siebie.
- Nie zamierzałem nawet brać od ciebie jakichkolwiek pieniędzy, wariatko - uśmiechnął się szeroko i pocałował w czoło. Wait, what!?
Znów błysk aparatu. Harry oderwał się ode mnie, ale choć tym razem zrobił to delikatnie, to poczułam coś na kształt ukłucia. Chyba tego, że jakby mnie odrzuca, ale jednak nie mogłam przestać o tym myśleć. Tak wiem, zachowuję się idiotka. Najpierw mam pretensje o to, że mnie całuje, a potem sama tego chcę.
Nie,stop. Ja wcale nie pomyślałam tego ostatniego zdania. Zapomnijmy...
 Nagle zewsząd dobiegły nas krzyki reporterów:
- Harry, czy to twoja nowa dziewczyna?
- Jak się nazywasz?
- Od jak dawna jesteście ze sobą?
Zaraz mi pękną bębenki w uszach. Harry nachylił się nad moim uchem, zważając, że przy moim wzroście metra siedemdziesięciu, byłam przy nim jakby trochę malutka i szepnął:
- Na trzy biegniemy do środka. Raz... Dwa...
- Trzy! - wykrzyknęłam, śmiejąc się głośno. Wpadliśmy do hotelu i moim oczom ukazały się piękne mahoniowe meble, kryształowe żyrandole, czerwonozłote dywany i ciemnozielone lampy. Chłopak pobiegł do recepcji i w dosłownie pięć sekund później wrócił z dwoma kluczami do pokoi. Oboje szybko popędziliśmy do windy. Piętro dwunaste, pokój 1226 i 1227...

__________________________________________________________
mam nadzieję, że się spodoba : )
liczę na komentarze, dla Was to moment, a dla mnie duża motywacja : )
pozdrawiam xx

czwartek, 12 lipca 2012

Chapter eleven

Usnęłam. Tak? W każdym razie chyba tak. Miałam okropny sen. Harry był w samolocie. We śnie oczywiście. We śnie?
- Hej, mała! Obudź się! Lądujemy. - ktoś szturchał mnie w ramię, bo oczy miałam jeszcze zamknięte. Natychmiast je otworzyłam. Zobaczyłam przystojnego, uśmiechniętego blondyna. Był ubrany w szare dresy i zieloną bluzę z bodajże poliestru. Nienawidzę takich bluz. Ale o dziwo na nim wyglądała dobrze. - Włochy czekają! - dodał.
Taak, lądujemy.
Co!? WŁOCHY!?
- Przepraszam, ale ja lecę do Hiszpanii - oznajmiłam. Jego niewyraźna mina wyjaśniła mi wszystko. Wsiadłam do cholernego samolotu do Włoch!
Cudownie, po prostu świetnie.
- Coś się stało? - spytał chłopak widząc moje zdenerwowanie. Spojrzałam na niego. Jego miły i sympatyczny wyraz twarzy sprawił, że opowiedziałam mu wszystko w takim skrócie, jakim tylko umiałam.
- Zadzwoń do swoich rodziców - zaproponował. Zaczęłam grzebać w torebce w poszukiwaniu telefonu. Znalazłam. Jasne. Z rozładowaną baterią. Cała droga z włączoną muzyką w słuchawkach. Pięknie.
Zobaczył to i od razu wziął mnie za rękę.
- Pożyczysz mój - uśmiechnął się. Popatrzyłam na niego z wdzięcznością i podążyłam za jego plecami w stronę wejścia dla VIP-ów. VIP-ów? Okeeeej...
Przeszłam przez drzwiczki i moim oczom ukazało się wielkie pomieszczenie z luksusowymi mahoniowymi meblami. W rogu na kremowej, skórzanej sofie siedziało trzech chłopaków.
Jeden z nich spojrzał na... No właśnie, nie wiem nawet, jak ma na imię mój wybawiciel. W każdym razie, spjrzał na mojego nowego kolegę, a potem wymownie na mnie, po czym powiedział:
- Wow, Horan. Widzę, że kogoś sobie przygruchałeś. - na jego słowa pozostała dwójka podniosła głowy i otaksowała mnie wzrokiem. Jeden był mulatem z czarnymi włosami, drugi zaś ciemnym blondynem.
- Ekhm... Nie, dziewczyna wpakowała się do złego samolotu. Chciała lecieć do Hiszpanii. - oświadczył... kurczę.
- Jak masz na imię? - zapytałam Wybawiciela przepraszającym tonem. Spojrzał na mnie z rozbawieniem i powiedział:
- Niall.
- Ja Louis, to Liam i Zayn! - krzyknął chłopak, który wziął nas za parę.
- Komu się przedstawiacie? - do pokoju wszedł pół nagi brunet. Po mokrych włosach i ręczniku na biodrach poznałam, że dopiero co wyszedł spod prysznica. Maleńkie kropelki wody spływały po wyraźnie zarysowanych mięśniach brzucha i kościach biodrowych. "Droga do nieba"? Chyba można tak powiedzieć. Chłopak odwrócił głowę w moją stronę, zrobił wielkie oczy i po chwili wydukał:
 - El... Liz? - dopiero wtedy zauważyłam, kim jest. Harry. Cholera jasna, czy on mnie śledzi? Chociaż nie, ja miałam lecieć do Hiszpanii, więc tak jakby, ja jego. Dobra, to za trudne, jak na moją głowę.
- Wy się znacie? - zapytał Niall. Kurczę, to samo pytanie, dotyczące tej samej osoby.
- Taaak - przyznałam. - Niestety - dodałam ciszej.
- Co? Co ty tutaj robisz? - spytał Harry powoli odzyskując przytomność umysłu.
Niall opowiedział mu wszystko, ale skrócił to jeszcze bardziej niż ja. Wątpiłam, że to możliwe, a jednak.
- Taaak, to czeka mnie upojna noc na zimnym chodniku, bo jakieś pieniądze mam w walizce, a ją w samolocie, który w tej chwili - spojrzałam na zegarek - właśnie wylądował w Hiszpanii.
Chłopcy spojrzeli na mnie rozbawieni.
- To chyba oczywiste, że prześpisz się u nas - powiedział Liam, a reszta mu przytaknęła. Roześmiałam się.
- Dobry żart, naprawdę. Ale teraz serio muszę się zastanowić gdzie mam spać.
- Nie ma nad czym się zastanawiać. Jedziesz do naszego hotelu - zadecydował Niall, nie dając mi już prawa do odmowy swoim spojrzeniem. Po chwili ocknęłam się i zapytałam Harry'ego:
- Co ty tu w ogóle robisz? Mały zespół, tak? I VIP'owskie miejsca?
Widziałam, że chłopak się zmieszał. Już miał coś odpowiedzieć, ale w słowo wpadł mu Zayn mówiąc:
- Mały? - udał, że się krztusi. - Mamy koło ośmiu milionów fanów na facebook'u.
Świetnie.

___________________________________________________________
dziękuję za tyle komentarzy pod ostatnim rozdziałem, mam nadzieję, że teraz będzie jeszcze więcej : )
mam dla Was coś, zakochałam się, po prostu zakochałam:
http://www.youtube.com/watch?v=36ytf1_eMaU&feature=relmfu

niedziela, 1 lipca 2012

Chapter ten

Mama uśmiechała się do mnie szeroko, zresztą nie tylko ona. Wszyscy widzieli, że to był trafiony prezent.  Patrzyli na mnie tak, jak wtedy, gdy kupili mi na czternaste urodziny lalkę Barbie. Udawałam, że mi się podoba, bo co miałam zrobić? Oczywiście, nigdy nie wyjawiłam im tego, iż potem wrzuciłam ją do ogniska. O nie, zaczęłam wtedy płakać i wrzeszczeć "Mamo, mamo, lalka się pali!". Chcieli mi kupić nową, ale powiedziałam, że już żadna nie zastąpi mi Kelly. Naprawdę miała na imię Kelly. Tak było napisane na pudełku.
- Skarbie, podoba ci się? - zapytała mama. Żartujecie sobie ze mnie!? Nawet gdyby dali mi naturalnych rozmiarów figurkę małpy, tobym się cieszyła. Wszystko, byleby tylko nie przypominało Kelly.
- Oczywiście, że tak! - wrzasnęłam po czym jeszcze raz uścisnęłam każdego z członków mojej rodziny.
- Masz trzy godziny - powiadomił mnie tata. Jak to trzy godziny!?
- Ile!? - Boję się, że od moich wrzasków, mogą im kiedyś pęknąć bębenki.
- Samolot odlatuje o czternastej, ale musisz być przecież wcześniej. - odpowiedziała Caitlin tonem, który wskazywał na to, że moja osoba jest równie głupia, jak lewy but klauna.
Popędziłam do swojego pokoju usilnie starając sobie uświadomić czego właściwie potrzebuję do wyjazdu.
Zebrałam chyba wszystkie krótkie bluzki i spodenki do walizki, którą wyciągnąwszy ze strychu musiałabym jeszcze wytrzeć. Teraz jednak nie miałam na to czasu.
Zaraz!
Złapałam za telefon i szybko wykręciłam numer do przyjaciółki.
- Haaalo? - w słuchawce powitał mnie zaspany głos Celii. Taaak, też bym w tej chwili spała.
- Cel, słuchaj to bardzo ważne, przyjedź do mnie natychmiast! Moi rodzice się rozwodzą! - krzyknęłam do komórki załamując głos. - Weź ze sobą Josha.
- Co ty mówisz!? - Celia od razu się rozbudziła. - Poczekaj piętnaście minut. - Rozłączyła się.
Spakowałam kosmetyczkę i już miałam brać się za lustrzankę, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek. Dwadzieścia minut. Wyrobiła się.
- Co się dzieje!? - wrzasnęła Celia wparowując do mojego pokoju. Za nią wszedł Josh. Mój chłopak. Ubrany był w ciemne rurki, białą luźną koszulkę i czarne conversy. Jego styl przywiódł mi na myśl Harry'ego. Zaraz, stop, zapomnij o wczoraj!
Celia... hm, Cel była ubrana w piżamę.
Josh podszedł do mnie i mocno przytulił. Zaczęłam się śmiać.
- Co jest kochanie? - zapytał z troską.
- Chciałam wam powiedzieć, że jadę na wakacje - uśmiechnęłam się. Moja przyjaciółka rzuciła się na mnie i zwaliła na łóżko.
- Ty idiotko! Wiesz, co ja przeżywałam!? - krzyczała.
- Już, spokojnie, nie przyzwyczaiłaś się jeszcze do moich głupich pomysłów? - zapytałam.
- To nie zmienia faktu, ze nadal uważam cię za idiotkę! - zaczęła mnie łaskotać. Nie. Znoszę. Tego.
- Ja również - do pokoju weszła Caitlin. Pomyślelibyście o kimś innym? Ja nie.
- Przepraszam, ale właśnie prawie skończyłam się pakować, więc pozwólcie, że jeszcze tylko to wezmę - wskazałam ręką na lustrzankę.
- Zawiozę cię - Josh włączył się do naszej wymiany zdań. Spojrzałam na niego z wdzięcznością i próbowałam zwlec swoje zmęczone, połaskotkowe* ciało z łóżka.
W moim pokoju, i tak już zatłoczonym, zrobiło się jeszcze mniej miejsca, gdy wszedł tata i oznajmił:
- Za chwilę będziemy jechać.
- Emm, słuchaj tato, bo... Czy Josh z Cel mogliby mnie zawieźć? Z wami pożegnanie będzie trudniejsze... - powiedziałam. Za to ostatnie zdanie Celia spiorunowała mnie wzrokiem.
Tata chwilę się wahał, ale ostatecznie podjął decyzję, która dla mnie była jak najbardziej pozytywna.
Dwie godziny później żegnałam się już z moimi przyjaciółmi.
- Gdzie ty właściwie lecisz? - zapytała Celia, co wywołało u mnie nieopanowany śmiech. W sumie, to rzeczywiście im nie powiedziałam.
- Do Hiszpanii - powiadomiłam ją.
- Hiszpania! - Celia, aż pisnęła z zachwytu. - Ależ ci zazdroszczę!
- To twój samolot? - zapytał Josh. Spojrzałam pobieżnie w stronę maszyny.
-Taaak, muszę już lecieć.
Pożegnałam się z nimi, przytulaniem, buziakami i wszystkim co jeszcze mogą wymyślić ci zwariowani ludzie.
Weszłam do samolotu, usiadłam na miejsce i wyjęłam słuchawki. Zaczęła się moja ulubiona piosenka Only love. Uśmiechnęłam się pod nosem i pomyślałam, że wszystko jest cudownie. Niestety, jak się okazało chwilę potem, nie miało być tak pięknie...

________________________________________________________________________
tyyyle wyświetleń! dobijcie z komentarzami chociaż do 10, co?
mam nadzieję, że się podoba, chyba najdłuższy do tej pory! :D

połaskotkowym* - okeeeej, nie ma takiego słowa, ale wierzę, że wiecie o co chodziło moim idiotycznym myślom : )

czwartek, 21 czerwca 2012

Chapter nine

- Liz... Lizzie! Elisabeth Higgins, masz natychmiast wstać z łóżka, w innym przypadku idę po kubeł zimnej wody! - Mama potrząsała moim ciałem tak, że o mało co, głowa wyskoczyłaby mi z kręgosłupa. A miałam taki piękny sen... Tak jasne. Był piękny, dopóki go jeszcze pamiętałam. Dzięki matko. Za jakie grzechy?
- Mamo... - wymamrotałam pod nosem, po czym odwróciłam się na drugi bok i przykryłam głowę poduszką.
- Liz, wiesz która jest godzina!? - nakrzyczała mi do ucha. Odruchowo sięgnęłam po telefon i odblokowałam go. 08:40. No i co z tego?
Zaraz, która!? Boże, powinnam właśnie wchodzić przez śnieżnobiałe, kuloodporne drzwi naszej szkoły!
Zerwałam się z łóżka i popędziłam w stronę biurka, czym prędzej próbując się rozbudzić. Sięgnęłam po kalendarz, żeby sprawdzić plan lekcji.
ŻE. CO. DO. CHOLERY!?
- Mamo, jest sobota! - wykrzyknąwszy to do mojej rodzicielki rzuciłam się na nią pędem. Ta, uprzedzając mój ruch była już prawie na schodach. Zbiegłyśmy po nich z prędkością tornada. Tak mi się przynajmniej wydawało. Nasze głośne kroki słychać było w całym domu. Skąd to wiem? Taaak, zanim dobiegłyśmy do kuchni, tata już się wydzierał:
- Dzieciaki! Nie możecie choć raz się nie kłócić!? - To było do przewidzenia. Pomylił mamę z moją młodszą siostrą Caitlin. Swoją drogą to dzicko, jest naprawdę zbyt "dojrzałe", jak na swoje dziesięć lat. Razem z koleżanką (nie wiem, jak to możliwe) uczy się codziennie gry na fortepianie. Nie, stop. Poprawka: to Caitlin uczy koleżankę, bo sama umie już, hm... perfekcyjnie. Nie mówię, że to źle. Po prostu jest zarozumiała i denerwująca. Zawsze mówi na powitanie zdania typu: " Och, nie chcę być niemiła, ale ten sweterek niezbyt pasuję ci do reszty Lizzie ", lub też: " Nie chcę być niemiła, ale czy masz nowy pieprzyk na czole? Ach nie, to tylko wielka krosta". Rozumiecie już?
Mama wparowała do kuchni głośno się śmiejąc. Tata popatrzył na nią z udawanym politowaniem i powiedział:
- Och, Leslie. Nigdy nie dorośniesz tak do końca, prawda skarbie? - Na co mama odpowiedziała mu uśmiechem i krótkim buziakiem w policzek.
- Magnifique - moja młodsza siostra weszła do pomieszczenia z niezadowoleniem cmokając ustami - Wy się tu zabawiacie, a kiedy będzie śniadanie?
- Daj sobie spokój Caitlin - skarciłam ją ze śmiechem. Nie pozwolę, żeby ktoś teraz zepsuł to, iż dzięki mamie mam teraz dobry humor.
- Chciałam ci tylk... - próbowała coś jescze powiedzieć.
- Kochanie... Happy birthday tooooooooooooo youuuuuuu! - Mama wyciągnęła z szafki małą kopertę. Mo je urodziny! Całkiem o nich zapomniałam... Łzy napłynęły mi do oczu. Nawet Caitlin śpiewała lekko unosząc kąciki ust. To już jest poświęcenie z jej strony!
- Ale przecież... Nie musieliście! - wykrzyknęłam i rzuciłam się im wszystkim po kolei na szyje. Mam cudowną rodzinę...
- Skarbie, to twoje siedemnaste urodziny! - Zaczęła mama. Życzenia, buziaki, uściski i wszystko, wszystko inne.
- Zaraz, zaraz. Siedemnaste? - Zdziwiłam się - Jestem już taka stara!? - krzyknęłam, a wszyscy zaczęli się śmiać, oprócz mamy, która zrobiła naburmuszoną minę i powiedziała:
- Obrażasz mnie Liz - po czym wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Gdy wszyscy już w miarę się ogarnęliśmy, tata nakazał mi uroczystym tonem:
- Elisabeth, sprawdź co dostałaś.
Ach tak, koperta! Zupełnie o niej zapomniałam! Sięgnęłam po nią i otworzyłam. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. W końcu wydusiłam z siebie krótkie:
- Ale... nie może... dziękuję!

_______________________________________________________________________________
przepraszam, krótki :<
so sorry :*
dziękuję za te 2000 wyświetleń, jesteście wielcy!
czytasz, skomentuj, będzie mi bardzo miło, a dla Ciebie to tylko chwila :>

czwartek, 14 czerwca 2012

Chapter eight

Po odwiezieniu mnie do domu, Harry gdzieś odjechał. Nie, zaraz. Nie gdzieś, tylko do studia... Ciekawe, przypomniałam sobie, że miałam wypytać o ten jego zespół Cel. W sumie, dzisiaj jest piątek, mogłaby wpaść na noc. Od razu złapałam za torbę, w poszukiwaniu telefonu. Jedna kieszeń, druga... Cholera! Musiał mi wypaść u Nowego w samochodzie. Ugh, czeka mnie jeszcze jedno spotkanie z nim. Ale przecież trzynasty się jeszcze nie skończył, prawda?
Z dołu usłyszałam głos mamy, od razu zbiegłam po krętych schodach do kuchni. Gdy wpadłam do pomieszczenia ze ścian uśmiechały się do mnie roześmiane buźki całej mojej rodziny. Moje zdjęcia... Mama uparła się, żeby powiesić tu wszystkie najpiękniejsze fotografie, które udało mi się wyczarować moim cudownym i niezawodnym Canonem. Uznała, że skoro mamy remont, to będzie to miła zmiana, jeśli zrobimy sobie taką a'la fototapetę.
- Skarbie, na dworze jest jakiś chłopiec - powiedziała mama z wymownym uśmiechem na twarzy. Taaak, zawsze chciała, żebym znalazła sobie kogoś. Niestety Josha chyba za bardzo nie polubiła...
- Nie, nie mów, że ma na imię Harry - moja mina człowieka idącego na ścięcie raczej nie zrobiła na niej wrażenia, bo odpowiedziała wzruszając tylko ramionami:
- Tak, proszę idź do niego, widać, że mu na tym zależy - mhm, pod jej "tym" kryło się "tobie".
Podeszłam już do drzwi, lecz odwróciłam się do niej jeszcze i powiedziałam:
- Nie możesz powiedzieć, że mnie nie ma? - błagam, błagam, zgódź się!
- Kotku, jest baaaardzo, - przy tym podniosła zaciśnięte w pięściach kciuki do góry - ale to bardzo przystojny - wyszeptała. Czasem zastanawiam się, czy moja mama nie jest przypadkiem moją nastoletnią siostrą.
- Maaamo - przewróciłam oczami i nacisnęłam klamkę.
- Oddaj komórkę - powiedział na wstępie. Dobrze, może to nie było grzeczne, ale nie zamierzałam być dla niego zbyt miła.
- Hm, może grzeczniej? - spojrzał na mnie spod grzywki tymi swoimi zielonymi oczami. A może jakieś opanowanie Liz? Uśmiechał się do mnie szeroko.
- Ale... - podeszłam do niego tak, że stykaliśmy się ciałami, cuzłam jak jego oddech przyspieszył. Był zdziwiony. - Tak, czy bardziej?
- O bardziej, ja się postaram - powiedział. Hm, dopiero po chwili zrozumiałam co miał na myśli. A mianowicie pocałunek. Jego miękkie, aczkolwiek zimne usta dotknęły moich. W kręgosłupie poczułam wyraźny dreszcz. Rozchylił lekko moje wargi. Nie, zaraz. Lizzie, opamiętaj się!
- Co ty robisz !? - odepchnęłam go od siebie, zaraz potem troszkę tego żałując. Okej, może mnie wkurzał, ale całować chyba potrafił nieźle. Chwila, o czym ja myślę!?
Gdzieś w oddali zauważyłam błysk. Tak, Harry też go zobaczył.
- Cholera - mruknął, wcisnął mi telefon w dłoń i prędko odwrócił się do swojego samochodu. Otworzył drzwi i obdarzając mnie krótkim spojrzeniem wymamrotał coś na kształt "przepraszam".
Czy ja nie mówiłam już, że ten koleś jest za bardzo tajemniczy?
Weszłam pośpiesznie do domu, zamknęłam drzwi na klucz i poszłam do pokoju. Za nim tam jeszcze dotarłam, mama obrzuciła mnie pełnym zdezorientowania spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Całe szczęście.
Co ja mówię? Szczęście trzynastego w piątek? Niemożliwe...
___________________________________________________________________________
dziękuję za tyle wyświetleń, bo może dla Was to mało, ale dla mnie, jak na razie jest to ogromna ilość : )
rozdział dla Kasi <3
wracaj mała do pisania <3

czwartek, 7 czerwca 2012

Chapter seven

Dlaczego nie mogę być normalna? Zadaję sobie to pytanie zawsze trzynastego w piątki. No czego mi brakuje? Okej, oprócz długich nóg, pięknych włosów i paru innych małych szczegółów. Ale dlaczego akurat mi się to wszystko przytrafia? Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko byciu noszoną na rękach przez chłopaka. Wręcz to lubię. No dobrze, to był bodajże trzeci raz w moim życiu. Ale nie przeszkadza mi to. Po prostu, jeśli Harry chciał mnie tak koniecznie wziąć do tej jego limuzyny, tak limuzyny, to mógł to zrobić inaczej, żeby ludzie na ulicach nie robili nam naokoło zdjęć. Wielkie rzeczy, facet niesie dziewczynę do samochodu! Nie, zaraz... Co mówił Westings? Chwila, mam!
- Ekhm - próbowałam zwrócić na siebie uwagę Harry'ego. Nic to nie dało. Odchrząknęłam głośniej. Chłopak spojrzał na mnie swoimi zielono szarymi oczami pytającym wzrokiem.
- O co chodziło West'owi? - spytałam. Brunet się zmieszał. Fajnie, będzie zabawa. Mały coś ukrywa!
- Ale z czym? - udawał, że nie wie o co chodzi. Myśli, że się na to nabiorę? Chyba raczej nie.
- Po pierwsze, nie odpowiadaj pytaniem na pytanie. Po drugie, dobrze wiesz z czym - uśmiechnęłam się znacząco. To było jasne, że nie chce o tym mówić. Ale cóż, taka moja natura, będę go tymi pytaniami dręczyć, aż się podda. Użerałam się z nim przez cały dzień. Calutki! Należy mi się coś od życia, tak? Wiem, jestem okropna, mhm.
- Znaczy... Hmmm... - chłopak zaczął się jąkać. Jeszcze lepiej, to coś poważnego! - Mam taki mały zespół...
Zespół? Tylko tyle? Myślałam, że jest jakimś zaginionym na Wyspach modelem bielizny termoaktywnej! Och, dobrze. Może nie aż tak, ale coś w tym stylu. Czyli jednak mi się nic nie należy, świetnie.
- Jak się nazywa? - trudno, przynajmniej jeszcze trochę go pomęczę. Nazwijcie mnie teraz złą czarownicą, znęcającą się nad bezbronnym chłopcem, ale cóż.
- One... Emm... - znowu się jąkał. Czy to takie trudne, wypowiedzieć pełne zdanie?
- Ciekawa nazwa, One Emm. Niezły macie gust - zaśmiałam się.
- Nie. To jest... One... One Direction. - Brawo Harry! Wykrztusiłeś to wreszcie! Tyle że nic mi to nie mówi. Chociaż... Coś tam świta... Nie, niestety. Będę musiała wypytać o to Cel. Ona się na tym wszystkim zna.
- Fajnie, a od... - hmm, Harry nigdy nie dowiedział się o co chciałam go jeszcze spytać, bo nagle zawołał:
- O, popatrz, mój samochód! - podążyłam za jego wzrokiem i ujrzałam czarnego Land Rover'a. Hmm... W zasadzie był on szary, zważając na kurz pokrywający jego maskę.
- Długo nim nie jeździłeś, prawda? - zaśmiałam się. Limuzyna, nie ma co! Ale Land Rover jest lepszy, zawsze kręciły mnie takie terenówki.
- Czekałem na ciebie - zerknął na mnie znacząco. Ekhm... Nie takiej odpowiedzi oczekiwałam,biorąc pod uwagę to, że cały czas trzymał mnie na rękach. Och i drobny szczegół, dzieliło nas kilka centymetrów.
- Zawieziesz mnie do domu? - spytałam, próbując zmienić temat. Zauważył to i uśmiechnął się pod nosem.
- Nie sądzę, najpierw szpital - powiedział stawiając mnie na ziemi, a ja spojrzałam na niego z przerażeniem w oczach. Otworzył drzwi do samochodu.
- W takim razie nie wsiadam - zadecydowałam.
- Chcesz się przekonać? - nie poczekał na odpowiedź, która i tak byłaby przecząca. Pociągnął mnie i popchnął lekko na siedzenie. Jako, że trzymałam go cały czas kurczowo za koszulkę upadł na mnie. Hmm... Znów nasze twarze dzieliło dosłownie może trzy centymetry. Ta sytuacja powtarzała się zdecydowanie zbyt często.
- Dom - powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie miał wyboru. Westchnął głośno i podniósł się na ziemię. Zamknął drzwi, obszedł auto i wsiadł do środka.
- Dobrze, ale jeśli coś ci się stanie, to nie będzie moja wina - oznajmił odpalając Rover'a.
- Tiaa - przytaknęłam cicho. - Hej, a gdzie jest ten wasz manager? - przypomniałam sobie. Miał przecież czekać na dworze.
- Hm, racja. Sprawdzę - wyciągnął telefon z kieszeni. Zauważyłam, że to był iPhone. Albo ma bogatych rodziców, albo ten jego zespół nie jest, tak mały, jak mówił. Ale w sumie, nic mi do tego.
Wybrał numer i co chwila powtarzał:
- Tak... Jasne, okej... Już jadę, niech chłopaki się nie martwią... Dobra, do zobaczenia - rozłączył się.
- I co? - spytałam.
- Paul już pojechał do studi... - chyba zorientował się, że powiedział o jedno słowo za dużo. Uśmiechnęłam się pod nosem.

___________________________________________________________________________
Jest, tym razem nie męczcie mnie, bo naprawdę dłuuuuuuuuuugi!
Ala, jesteś wielka! Dziękuję : *
Polecam, blog Ali KLIK <3 ŚWIETNY!
Do dreams come true: chyba musisz to dodać na swojej liście czytelniczej : ) btw, dziękuję <3
Do Ulci: masz wreszcie długi, babka <3